Państwo Kościelne Rotria

Pełna wersja: Patrole okolic Apostolskiego Miasta
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3
[Obrazek: rotria_emblemat.png]

W poniedziałkowe popołudnie miała miejsce zbiórka gwardzistów, którzy pełnili służbę w Apostolskim Mieście. Gdy zebrali się wszyscy, Gonfalonier wydał im rozkaz wzmożonych patroli ziem rotryjskim.


- Moi drodzy, w ostatnim czasie do mojego biura wpłynęło mnóstwo skarg zwykłych mieszkańców Apostolskiego Miasta Rotria, którzy skarżą się na niezliczone kradzieże, pobicia i różnego rodzaju mniejsze lub większe rozboje. Wstępny rekonesans dowiódł, że prawdopodobnie mamy do czynienia z szajką, na czele, której stoi Luigi Franchetti. Ich obecność zagraża bezpieczeństwu mieszkańców Apostolskiego Miasta, dlatego Waszym zadaniem będzie schwytanie członków tej grupy i przyprowadzenie ich do lochów, znajdujących się w podziemiach naszych koszar. Każdy z Was otrzyma do dyspozycji w pełni uzbrojony oddział dwunastu palatyńczyków, podlegający Waszym rozkazom.


Rozkaz Gonfaloniera:

1. Piotr Pawłowicz z grupą dwunastu członków Gwardii Palatyńskiej uda się na patrole w północnych rejonach Apostolskiego Miasta Rotria.

2. Maurycy Orański z grupą dwunastu członków Gwardii Palatyńskiej uda się na patrole w południowych rejonach Apostolskiego Miasta Rotria.

3. Michał Lisiewicz z grupą dwunastu członków Gwardii Palatyńskiej uda się na patrole w zachodnich oraz wschodnich rejonach Apostolskiego Miasta Rotria.

Liczę, że na moim biurku do dwóch dni pojawi się wstępny raport, a w lochach znajdą się pierwsi członkowie bandy Franchettiego. Do dzieła!
[Obrazek: i-ravensburger-1500el-rembrand-straz-nocna-162055.jpg]
Książę postanowił uciec się do podstępu. Kazał swoim ludziom przebrać mundury na bogate cywilne ubrania, aby oddział wyglądał na grupę bogatych szlachciców co miało przyciągnąć uwagę rabusiów. Na nich jednak czekała niespodzianka. Każdy z gwardzistów miał pod płaszczem schowany pistolet taki jak do służby pałacowej. 
Pierwsza godzina patrolu minęła spokojnie. Potem natomiast bystry gwardzista wypatrzył kieszonkowca który ukradł pewnemu bogaczowi sakiewkę.
-Dwóch ludzi śledzić go, a reszta za mną-szepnął dowódca i poprowadził patrol w dzielnice biedy, gdzie prawdopodobnie najłatwiej zasięgnąć języka o Franchettim. 
Niezbyt  długo grupa cieszyła się jednak spokojem ponieważ zaraz obstąpiło ich ośmiu rzezimieszków z oczywistym żądaniem wydania pieniędzy.
-Języka brać!- wykrzyknął Orański. Natychmiast żołnierze odsłonili broń i posypały się strzały, a następnie błysnęły szpady. Szybko pokonano. zaskoczonych wojskowym wyszkoleniem niedoszłych ofiar złodziei. Zginęło dwóch , raniono pięciu (tym dwóch wzięto do niewoli) oraz aresztowano jednego zdrowego. Więźniów odeskortowano do koszar ku wyraźnej uciesz mieszkańców Miasta, którzy czuli się już bezpieczniejsi. Zaobserwowany na początku przestępca okazał się być jedynie drobnym złodziejaszkiem, acz także został ogłuszony i odstawiony do celi a pieniądze zwrócono właścicielowi ponieważ jeden z gwardzistów znał tego człowieka.
Gdy oddział Orańskiego dotarł do koszar Gwardii Apostolskiej, zwołano nadzwyczajną zbiórkę. Po raz kolejny przemówił Gonfalonier:

Jestem wdzięczny oddziałowi Maurycego Orańskiego za błyskawiczną akcję, aresztowaliśmy 3 rzezimieszków, których w najbliższych dniach przesłucham. Liczę, że dzięki nim dotrzemy do lidera grupy. Wkrótce też zostaną postawieni przed sądem. Jednocześnie rozkazuję Waszemu oddziałowi dalszych intensywnych patroli, gdyż celem Gwardii Apostolskiej jest całkowita likwidacja szajki Franchettiego. Do dzieła!
Wieczór jak każdy kończył tak samo: Różaniec, nieszpory, wieczorna Msza, gotowanie kolacji dla swoich "skarbów". Dziś postanowił przyrządzić im tłusty i gęsty krupnik. - A co, niech też mają coś od życia - pomyślał. Po przyrządzeniu strawy, wziął też kilka koców i ubrań i wyruszył do swoich ubogich, którymi się opiekował. Idąc uliczkami Rotrii Zagłoba zauważył wzmożone patrole Gwardii Apostolskiej. - Coś musi być na rzeczy, że pełno Gwardii na ulicach - rzekł do siebie. Zapytał najbliższy patrol, który wyjaśnił mu całą sytuację i przestrzegł go o chodzeniu w pojedynkę o tak późnej porze. Lecz nie zraził się i poszedł dalej. Gdy przechodził obok uliczki tuż przy starej opuszczonej gospodzie nagle usłyszał damski krzyk: 
- AAAAAA!!!!! RATUNKU!, RATUNKU! POMOCY! - Nie wahając się Zagłoba ruszył w ciemną uliczkę. Jak natychmiast skoczył na ratunek tak jeszcze szybciej został ogłuszony uderzeniem w tył głowy. Przebudzono go bardzo szybko kubłem zimnej wody. - Gdzie ja jestem? - Jęknął Zagłoba. Odpowiedzią na jego pytanie było solidne kopnięcie w brzuch. 
- Słuchaj klecho od zadawania pytań to jestem ja! - wrzasnął tajemniczy głos z ciemności i rozległo się nagle kilka śmiechów. Zagłoba czuł ogromny ból głowy. Po jego głowie ciekła strużka krwi. Był skrępowany grubym powrozem. 
- Albo oddasz nam wszystkie cenne przedmioty z kościoła w którym posługujesz albo będziesz oglądać ten świat z góry!
- Jak śmiesz podnosić swoje łapska na kościelne dobra! Myślisz, że cokolwiek ci powiem! Nigdy!
- Ty czarny wszarzu ja Ci dam zadzierać z Franchettim! 
W tym momencie jeden z bandytów zapalił pochodnię i ks Marcin ujrzał samego herszta bandy. Miał długie czarne włosy, krzaczastą brodę oraz szramę idącą od czoła, przez lewe oko aż do samego policzka. Za nim stało kilka osób w tym jedna kobieta. 
- Jezu ratuj - pomyślał Zagłoba. 
Rozbójnik wyciągnął sztylet i pewnym ruchem pchnął Marcina w brzuch. Osuwając się na ziemię prosił Boga o przebaczenie wszystkich swoich win i jego winowajców. Herszt odwrócił się do swoich i rzekł: 
- Tak kończą ci, którzy nam się sprzeciwiają! Idźmy stąd jak najdalej póki nie odnajdą ciała.
- Zgłupiałeś! Mieliśmy tylko rabować! Jak nas znajdą to nas powieszą! - oburzyła się kobieta.
- Nie wtrącaj się Sophia! To ja tu rządzę! Nie przeciwstawiaj się bo....
- Bo co? Skończę jak tamten? - Sophia wskazała na leżącego ks. Marcina.
Franchetti obejrzał się na nią i bez słowa zaczął się oddalać w mrok uliczki a wraz z nim jego kompani.
Gdy zbójcy odeszli nagle z opuszczonej gospody wyskoczyły dwie osoby: Benita i Albino jedni z ubogich, którymi opiekował się ks. Zagłoba. Z ruin przyglądali się całej dramatycznej sytuacji.
- Jezusie Nazareński zabili go!- wrzasnęła Benita.
- Czekaj on chyba się rusza. Benito biegnij po pomoc, a ja się zajmę naszym Padre. 
Gdy Benita pobiegła po pomoc Albino jak tylko potrafił udzielił pomoc swojemu dobrodziejowi błagając Boga o cud.......
Poranne promienie słoneczne wybudziły Gonfaloniera ze snu. Mikołajowi wciąż nie dawała spokoju sprawa bandy Franchettiego, był przez to coraz bardziej nerwowy:

- Dobry Boże, co ja ze sobą robię? - pytał sam siebie Dreder, spojrzawszy na wypite wczorajszego wieczoru dwie butelki wina przywiezione że Skarlandu - na co był mi potrzebny ten powrót do Apostolskiego Miasta? Przecież w Fossombrone było mi tak dobrze...

Nagle ktoś mocno uderzył w drzwi... Raz, drugi, trzeci. Mocno zaspany Gonfalonier otworzył je i ujrzał w nich swojego przyjaciela, Francesco, z którym służył w Gwardii Apostolskiej jeszcze za czasów Sykstusa III. 

- Witaj Franciszku! - przywitał swojego przyjaciela Dreder
- Mikołaju, straszne rzeczy. Banda Franchettiego zabiła księdza.
-  Dobry Boże, świec Panie nad jego duszą. Wiesz o tym coś więcej?
- Przybyła do nas sierota, mówi że nazywa się Benito a ten ksiądz opiekował się nią. Twierdzi, że to przybysz z Rzeczypospolitej.
- Polak? Zagłoba?
- Chyba tak.
- O cholera. - rzekł blady ze strachu Mikołaj
- Znasz go?
- Tak, to Wikariusz Stolicy Apostolskiej. Dobry Boże, gdy tylko Sylwester się o tym dowie... Nie chcę myśleć co się stanie. Wiesz może na jakiej ulicy miało to miejsce?
- Tak, to było na przedmieściach w okolicy ulicy świętego Augustyna. Obok tej opuszczonej gospody.
- Szybko, przygotuj w stajni konie i ruszamy tam. Ja włożę tylko mundur. - wydał rozkaz Dreder.

Po chwili Gonfalonier wraz ze swym towarzyszem Franciszkiem oraz jego młodszym bratem Cezarem ruszyli w miejsce, gdzie zabito księdza Zagłobę. Gdy dotarli na miejsce ujrzeli ogromną plamę krwi, lecz nigdzie nie było zwłok duchownego.

- Pewnie schowali go w tej opuszczonej gospodzie. - stwierdził Cezary - sprawdźmy to miejsce.

Gdy weszli do zniszczonego budynku ujrzeli grupę sierot, którymi opiekował się ksiądz Marcin.

- On żyje, on żyje! - radośnie wykrzyczał młody mężczyzna, którego imię brzmi Albino.
- W takim razie gdzie jest ksiądz Zagłoba? - zapytał ubogiego Dreder.
- Wołałem o pomoc, gdy ksiądz umierał. Przyszli czterej. To chyba zakonnicy.
- Z którego zakonu?
- Nie wiem. - odparł Albino
- Niech pomyślę. - odrzekł Dreder - niedaleko stąd znajduje się zakon dominikanów. Musimy się tam udać.

Gdy dotarli do zakonu dominikanów, potwierdziły się słowa Albino. Bracia pomogli księdzu Marcinowi, jednak ten wciąż był nieprzytomny. Gonfalonier postanowił, że będzie czuwał przy Wikariuszu, zaś Franciszkowi i Cezaremu rozkazał wrócić do koszar, aby przesłuchali pojmanych wczoraj bandytów...
[Obrazek: ClaudeDuval_Frith.jpg]


   W pochmurny dzień wspomnienia św. Augustyna dworki Jego Eminencji Carlosa Lorenza de Medici y Zep udały się w drogę powrotną do Florencji, dokąd miały zawieźć specjalne i drogie materiały jubilerskie, potrzebne do wykonania nowej korony rodu Medyceuszy. Kiedy karoca zjechała ulicą bohaterów obrony Rotrii w stronę bramy handlowej, wiodącej w stronę Toskanii. Dworki Agnes, Dolores i Anna Maria wspominały wczorajszą uroczystą kolację w Pałacu Medyceuszy-Zepów w Apostolskim Mieście, a także powtarzały sobie wyborne żarty Eminencji Medyceusza. Kiedy woźnica przejechał przez skrzyżowanie oddzielające Lateran od nadbrzeży Bishofu nagle ktoś wystrzelił w konia, wiozącego pannice.
    Kareta tracąc siłę napędową wjechała w impetem w leżącego już konia, dalej przejechawszy po nim uderzyła w pobliskie drzewo i zatrzymała się niedaleko drogi, dość spory kawał od najbliższego domu. Anna Maria wysiadła z karocy nie widząc co się dzieje, Agnes zaś pomagała Dolores, na którą z górnej półki spadła skrzynia z kosztownościami. Kiedy baronessa Anna Maria próbowała umysłem ogarnąć co się dzieje, podjechał do niej zbój na kasztanowym koniu, ubrany w czerwony kubrak przynależny wojskom skarlandzkim. Natychmiast wymierzył rewolwer w młodą pannicę i kazał jej wracać do karocy. Jego słudzy zaś rozpoczęli okradanie powozu: wyciągnęli wszystkie skrzynie ze złotem, rubinami i diamentami, ukradli także skromne podarki od Jego Eminencji w postaci cygar, wina czy książek. Kiedy Dolores ocknęła się, zaczęła krzyczeć w niebogłosy. Niestety, zirytowało to złodzieja, który od razu wymierzył pistoletem w biedną dworkę i zamordował ją. Agnes zaś w płaczu schowała się w głąb karocy. 
      Kiedy złodzieje zakończyli rabowanie karocy, odpięli martwego konia od powozu i podpięli pod swoje konie, biorąc tym samym biedne dworki w niewolę. Niewiadomo jakie będą żądania złodziei. Wiadomo tylko, że przy ciele zmarłej Dolores znaleziono białą chusteczkę z haftem litery "F".
   Z rozmów przeprowadzonych z opatem oraz z braćmi Mikołaj wywnioskował, że nad poszkodowanym czuwała Opatrzność. Tego akurat wieczoru bracia zakonni wracali z przechadzki, na którą niechętnie wyraził zgodę opat w obawie przed wzmożonymi rabunkami w mieście. Wśród nich był brat Antonio, który tego dnia zakończył rekolekcje przed złożeniem ślubów zakonnych i następnego dnia miał wyjechać do swojego macierzystego klasztoru w Trydencie. Był on wykwalifikowanym lekarzem i chirurgiem, bowiem przed zakonem ukończył studia medyczne. Bez jego pomocy Zagłoba wyzionąłby ducha. 
   Mikołaj czuwał nad Zagłobą całą noc. W szybę klasztornej celi pukał deszcz, który tej nocy rozpadał się nad Rotrią. Dreder kończył odmawiać różaniec w intencji uratowania księdza Marcina gdy do celi wszedł sam opat:

- Widzę, że i ty nie możesz spać mój synu
- Chcę czuwać nad tym biedakiem. Wyjdzie z tego?
- Ta noc będzie kluczowa, jeśli ją przeżyje ocaleje.

Drederowi po policzkach zaczęły spływać łzy.

- Synu co się dzieje? - rzekł opat.
- Mogłem tu nie przyjeżdzać - łkał Mikołaj. - W Fossombrone było mi tak dobrze..... 
- Chłopie nie narzekaj - rzekł stanowczo zakonnik klepiąc go w ramię - Sam Bóg Cię tu nam zesłał. Dał ci misję obrony tego miasta. Zobacz co by było bez ciebie. Kto by nas bronił? Tropił tych bandytów i złodziei?  Bóg daje nam zadania na nasze możliwości, nigdy ponad nasze siły. Zapamiętaj to sobie. Odwagi!

   Po tych słowach opat wyszedł z celi i Gonfalonier czuwał do rana nad Zagłobą z różańcem w ręku. Gdy nastał świt Dreder przebudził się nękany niezrozumiałymi snami. Gdy otworzył oczy ujrzał Zagłobę, który oprzytomniały wpatrywał się w niego. 

- Mikołaju gdzie ja jestem? Co się stało?
- Zostałeś napadnięty i zraniony przez bandę Franchettiego. Pamięta ksiądz coś z tamtego zdarzenia?
- Niewiele - rzekł powoli Zagłoba - Związali mnie, grozili. Było ich kilkoro.
- Kilkoro?
- Tak wśród nich była kobieta.
- Kobieta?  - zdziwił się wielce Dreder. - Jak wyglądała?
Nie wiem - odpowiedział Zagłoba - ale widziałem twarz herszta.
- Jak wygląda ten drań? - Z krzesła gwałtownie zerwał się Mikołaj. 
- Czarne włosy, krzaczasta broda i....
- i?
- Ma głęboką szramę od czoła do lewego policzka. 
 Gonfalonier zmarszczył czoło i zamyślił się patrząc w okno. 
- Co się potem ze mną stało?
- Pchnięto Cię nożem i zostawiono ale Bogu dzięki uratowali Cię para żebraków i bracia zakonni.
- Jak się nazywa ta para żebraków? - Zagłoba poderwał się z łóżka ale ból brzucha dał o sobie znać.
- Benita i Albino. Gdyby nie oni pewnie nie byłbyś tu już z nami. 
- Dzięki Ci Jezu za tych dobrych ludzi! - odrzekł ks. Marcin.

   W tym momencie gwałtownie do celi wpadł Francesco z nowymi wiadomościami. Jego twarz była przejęta i zmartwiona. 
- Co się stało? - zapytał Mikołaj.
- Dwórki Jego Eminencji Carlosa Lorenza de Medici y Zepa zostały porwane a jedna z nich zamordowana! 
- Gdzie?
- Nieopodal Lateranu.
- Jedźmy tam natychmiast! - rzekł Dreder i wybiegł z celi a za nim jego przyjaciel. 
[Obrazek: Brandt_Towarzysz_pancerny.jpg]

Gwardzista Michał Franciszek Lubomirski-Lisewicz wraz ze swym oddziałem wyruszyli z Koszar na wschód.

Jechaliśmy i mijaliśmy ludzi pełnych wdzięczności za bezpieczeństwo, jakiego poczucie im dajemy.
Rozdzieliliśmy się na 2-3 osobowe grupy i postanowiliśmy zasięgnąć informacji u ludzi.

Ja, wraz ze swoimi przybocznymi przejeżdżaliśmy pewną boczną uliczkę i usłyszeliśmy podniesiony męski głos:
- Jak cię dorwie Luigi, to popamiętasz! Ty podnosisz na mnie rękę?!
Dał się słyszeć kobiecy krzyk i płacz dzieci.
- Zostaw nas!
- Idziecie z nami. I nie mów do mnie po imieniu, bo... !
- ‎Oszczędź chociaż dzieci!
- ‎Nic wam się nie stanie. To są tylko interesy. Będzie okup, będziecie wolni
- zarechotał bandyta - Ale jak będziecie coś kombinować, jeśli znowu zrobisz coś głupiego, to słono pożałujesz. Ty i twoje dzieci. I mąż też.
- ‎Nie mów do mnie na „ty”! Jak ks. Mikołaj przywiedzie was przed oblicze Patriarchy, to nie będziesz taki zuchwały!
- ‎Uważaj, bo pożałujesz! Też się przyjaciółka Gonfaloniere znalazła...
- ‎Ratuuunku...!!!
- ‎Zamknij się.
- wycedził bandyta.

- Przystępujemy do akcji! - zakomenderowałem. Wychynęliśmy zza rogu i ujrzeliśmy uzbrojonego strażnika pilnującego koni i dwóch innych ładujących kosztowności do juków na koniach. Wyjąłem pistolet i wymierzyłem w nogę zbrojnego. Złodziej, trafiony, opadł z krzykiem na bruk, a dwaj mężczyźni rozpierzchli się i uciekli. Przyboczny gwardzista, Lorenzo, wyjął trąbkę i odegrał sygnał na zbiórkę całego oddziału.
Zeszliśmy z koni i zbliżyliśmy się do drzwi. Ujrzeliśmy godny pożałowania widok. W przedpokoju, w plamie krwi leżał nieprzytomny mężczyzna, który jednakże oddychał. Bandyta, z rozciętą wargą i łukiem brwiowym oraz podkrążonym okiem, krępował powrozem troje dzieci i niewiastę, coby ich porwać. Złoczyńca zamarł w zadziwieniu.
Dał się słyszeć tętent końskich kopyt i głosy gwardzistów nawołujących się nawzajem wśród uliczek.

Gwardzista Michał, odwróciwszy głowę, zdążył zobaczyć, jak ranny zbójca przy koniach zamachnął się i Michał poczuł uderzenie jakiegoś przedmiotu w głowę i padł bez przytomności. Byłby rozbił niechybnie głowę, gdyby nie gwardzista Lorenzo, dobry, wierny Lorenzo, który złapał go w porę i odciągnął na bok, a następnie przejął dowodzenie oddziałem.

Tymczasem, przywódca zbójów, chcąc wziąć zakładników, zaczął wyciągać sztylet, lecz w tej właśnie chwili, waleczna niewiasta, ze śladami krwi na twarzy, kopnęła napastnika w brzuch, aż ten się zatoczył, umożliwiając matce z dziećmi ucieczkę. Wtenczas gwardzista Alberto wpadł do mieszkania i jednym wprawnym ruchem powalił bandytę na ziemię.

Ranni trafili do infirmierii.

Zatem, podsumowując (gdy już się ocknąłem po trafieniu kamieniem):
- przywódca bandy - ranny
- ‎zbrojny zbój - ranny
- ‎dwaj złodzieje uciekli.

Z naszego oddziału tylko ja jestem ranny.
Cała rodzina trafiła pod opiekę medyków, ojciec rodziny pod okiem chirurgów i lekarzy przebywa w infirmierii.


Pięciu braci augustianów, w uroczystość świętego Augustyna wychodziło z kościoła po Mszy Świętej. Nagle spostrzegli dwóch podejrzanie wyglądających mężczyzn, co sił w nogach biegnących z workami i kuframi. Bracia ruszyli w ich kierunku i zagrodzili im drogę. Brat Sebastiano, najpotężniejszy z nich wszystkich oraz brat Bernardo chwycili opryszków i doprowadzili ich do gwardzistów stojących nieopodal.

Tak więc wszyscy zostali schwytani.
Wieczorem, jak codziennie pod koniec służby, Gonfalonier przeglądał raporty gwardzistów. Ucieszył się, że oddział dowodzony przez Lisiewicza pojmał tego bandziora - Franchettiego - który siał postrach na ulicach Apostolskiego Miasta. Dreder czekał na swojego przyjaciela, Francesco oraz Maurycego Orańskiego, który powrócił ze służby. Razem zamierzali przesłuchać znajdującego się w lochu Luigi Franchettiego. Gdy zeszli w podziemia koszar, gdzie znajdują się cele, zamieszkiwane przez różnych zbirów, Francesco powiedział:
- Smród tutaj panujący mnie odstrasza.
- Śmierdzące życie, śmierdzący areszt. - skomentował krótko Dreder.

Po chwili dotarli do celi, gdzie oczekiwał na przesłuchanie aresztowany Franchetti. Jego twarz odstraszała i obrzydzała, gwardzistom znane były plotki, że blizny, które posiadał pochodzą z czasów, gdy sam służył w Gwardii Apostolskiej. Można by się doszukiwać w tym jego znakomitego wyszkolenia w walce wręcz oraz znakomitego kunsztu taktycznego. Godna pochwały była jego olbrzymia postura, która zapewniała mu przewagę fizyczną nad przeciwnikiem.

- Och, myszka dała się złapać... - Powiedział jakby na powitanie Mikołaj - miło cię widzieć Franchetti, w końcu dopadła cię sprawiedliwość. I w końcu otrzymasz sprawiedliwą karę, pewnie sznur na którym zawiśniesz już się plecie.

Franchetti, który nie grzechy kulturą osobistą splunął na twarz Gonfaloniera. Na ten gest pogardy, otrzymał potężne uderzenie w twarz od Orańskiego.

- Maurycy, bez nerwów. Załatwimy to polubownie. Zapal pochodnie, nie będziemy siedzieć w ciemnościach. - wydał rozkaz Gonfalonier.

Orański wykonując rozkazy przełożonego rozpalił trzy pochodnie, które znajdowały się na ścianach lochu. Wówczas Dreder zdębiał. Pochodnia rzuciła wyraźne światło na twarz więźnia, której dotychczas nie dało się dokładnie ujrzeć w ciemności. Mikołaj natychmiast przypomniał sobie słowa Zagłoby, który wyraźnie mówił o czarnych włosach Franchettiego. I brodzie, której więzień nie miał. A sam był zaś blondynem.
- Co się dzieje? - zapytał jakby sam siebie Dreder.
- Wszystko w porządku? - zapytał zatroskany Francesco - źle się czujesz?
- Nie, nie, nie. Francesco... Chyba oddział Lisiewicza popełnił błąd. Jego wygląd nie zgadza się z rysopisem, który przedstawił mi Zagłoba. To nie jest Franchetti.
- W końcu olśniło nieomylnych gwardzistów, którym wszystko wolno w imię Patriarchy. - wtrącił się w rozmowę więzień, na którego twarzy pojawiła się krew.
- Zatem kim jesteś? - zapytał zdziwiony Orański
- Na pewno nie Luigim Franchettim, tym idiotą i oszustem. Jestem z rodziny Cazzarotto. Franchetti to mój rywal. Mogę powiedzieć ci, gdzie ma kryjówkę.
- Troszkę szacunku do patriarszych urzędników, nie jesteśmy kolegami. - upomniał bandziora Francesco.
- Po co szacunek, i tak mnie powiesicie, wiem jak działa Gwardia Palatyńska. Już nie jednego tak załatwiliście, byleby tylko wykrzyczeć sukces nieomylnego Gonfaloniera.
- Zależy mi na sprawiedliwości. - przerwał więźniowi Dreder, który jakby przypomniał sobie, że oprócz bycia żołnierzem, jest jeszcze jezuitą.
- Powiem ci, klecho, gdzie jest kryjówka Frachettiego. Ale pod warunkiem, że mnie wypuścisz. Inaczej szukaj sobie igły w stogu siana, bo Franchetti ukrywa się bardzo dobrze. - zaśmiał się Cazzarotto.
- Powiesz, gdzie ukrywa się Franchetti, a my pomyślimy nad złagodzeniem Twojej kary. - odrzekł dyplomatycznie Gonfalonier - Nie ode mnie zależy czy zostaniesz wypuszczony. Ja mogę jedynie szepnąć Trybunowi dobre słowo, że współpracowałeś z nami, wyraziłeś skruchę... Co najwyżej trafisz na kilka lat do wydobycia marmuru, tam zmądrzejesz i będziesz żył sobie dalej. Ale za zranienie głowy rodziny, lekką ręką mogą cię powiesić, i to nawet jutro o świcie. 
- Przemyśl sobie słowa Gonfaloniera, Cazzarotto, pomożesz nam, a może unikniesz szubienicy. - dodał na zakończenie Francesco.

Gwardziści opuścili lochy, Francesco zaproponował kolację, którą zjedli w pobliskiej karczmie. Omówili wtedy strategię.
- Mamy już noc, do tego strasznie leje. To nie sprzyja misjom zwiadowczym, ale musimy przeczesać wszystkie kryjówki, meliny i jaskinie. Gdzieś przecież te zbiry muszą się ukrywać. - stwierdził Dreder.
- Możemy wraz z Francesco dosiąść koni i z najlepszymi jeźdźcami udać się na zwiad. Jednak potrzebujemy kilku ludzi, bo bandziory w grupie mogą być groźni. - dodał Orański.
- Dobrze Maurycy, masz rację. Ty i Francesco dostaniecie po sześciu kawalerzystów, niech wezmą pełne uzbrojenie. Gdy tylko wyjdzie Słońce udaj się na patrol. Zacznijcie w ulicach biedoty, raczej ta banda nie ukrywa się wśród bogaczy. Chcę mieć sprawdzone wszystkie pustostany, piwnice, karczmy, ścieki - wszystko gdzie może ukrywać się Franchetti.
- Oczywiście. - wyrzekli razem Maurycy i Francesco.
- I jeszcze jedno, najlepiej byłoby, gdyby Franchetti został doprowadzony do lochu żywy. - dodał na koniec Dreder - a teraz udajcie się na odpoczynek.
Znużony przeżyciami dnia Maurycy przeglądnął stan swojej drużyny. Kilku żołnierzy miało rany, ale kolczugi wydane specjalnie na partol doskonale spełniły swoje zadanie. Zranienia były tylko powierzchowne. 
-Dobrze się spisaliście Signorii. Jestem z was dumny, Całe miasto jest z was dumne. Widzieliście radość mieszczan gdy prowadziliśmy oprychów do koszar- powiedział do podwładnych książę.
-Jutro wydamy wam konie od szlacheckich, załatwiłem to już z ich dowódcą. Umiecie chyba jeździć konno?-dodał po chwili
-Tak jest signor comandante!-odkrzyknęli żołnierze i wszyscy poszli do kwater.
Rano około godziny szóstej do drzwi kwatery  Orańskiego zapukał jego adiutant, młody belgijski baron Maarten.
- Żadnych świętości ci zbóje nie mają Zijne  Hoogheid, nawet księdza nie szanują-mówił Belg trzęsąc się z gniewu.
-O czym ty mówisz?-  zapytał momentalnie otrzeźwiony Orański
- Zaatakowali Wikariusza Jego Świątobliwości!- wycedził młodzieniec.
-Posunęli się o krok za daleko! Siodłać konie! Ruszamy!- zakomenderował dowódca. 
W kilka pacierzy oddział opuszczał Zamek św. Klemensa w szyku marszowym. Gwardziści skierowali się w to samo miejsce gdzie dzień wcześniej wzięli jeńców w nadziei uzyskania dalszych informacji. Pierwsze informacje odbiegały jednak od oczekiwań ponieważ w nocy banda opuściła ten teren zabijając przy okazji kilku niewinnych przechodniów którzy mieli pecha znaleźć się pod ich kryjówką akurat w tym czasie. 
Gdy żołnierze pojechali dalej  en sam co dzień wcześnie spostrzegawczy gwardzista wypatrzył kawałek szmaty, jak się wtedy wydawało, w kolorach podobnych do mundurów straży miejskiej i zameldował o tym dowódcy. Kilku jeźdźców zeszło z koni i podbiegło we wskazane miejsce. Okazało się że w niedomkniętej piwniczce obok domu spoczywają ciała czteroosobowego patrolu.
-No tak, biedacy pewnie chcieli skontrolować ich wóz- pomyślał z coraz większą złością litewski rotmistrz i dodał głośniej: Sprawdźcie dom! Nie było to jednak potrzeby ponieważ zaniepokojeni obecnością wojska na ich posesji właściciele wyszli na zewnątrz. Gdy zobaczyli zawartość piwniczki kobieta zemdlała a mężczyzna rzucił się do nóg najbliższego żołnierza i zaczął zapewniać że to nie ich wina i żeby ich oszczędzić. Gwardzista z pogardą odepchnął właściciela
-Zostaw go Pitero! Porozmawiamy na spokojnie!- zganił podwładnego Orański po czym pomógł wstać mężczyźnie a potem zaczął go odpytywać. Kupiec, jak przynajniej po zaratości tamtej komory się wydawało  do niczego się nie przyznawał mimo kilku uderzeń i kopniaków oraz gróźb. Dopiero przypadkowe odkrycie myszkującego w poszukiwaniu śladów w piwnicy Maaartena, który znalazł węgierskie i chorwackie wino bez znaków celnych przekonało go do mówienia. Okazało się że bandyci zapłacili mu za pozbycie się ciał co miał zrobić następnej nocy. Cenną informację dołożyła córka która aby ratować ojca przed stryczkiem przyznała się że poznała jednego z członków bandy i powiedziała że spotykała się z nim w oberży "Pod Gadającymi Umarlakami" gdzie o lubi przesiadywać.  Postanowiono się na niego zaczaić.
Mało brakowało jednak aby zasadzka się nie udała ponieważ dziewczyna zdradziła i nie powiedział że widzi chłopaka idącego w kierunku lokalu. Tu znowu niezastąpiony okazał się Giuseppe 
który zauważył nerwową reakcję dziewczyny na widok grupki śmiejących się młodzieńców. Wszyscy zostali zatrzymani mimo rozpaczliwej próby oporu.  W ręce gwardzistów wpadło ośmiu ludzi.
Których odstawiono na przesłuchanie aby przekonać się którzy z nich to ludzie z szajki a którzy to postronni. Książę Maurycy Natomiast udał się do gabinetu gonfaloniera aby złożyć raportu i przedstawić gwardzistę Giuseppe do awansu, ale strażnik powiedział mu że ma się stawić w lochach, więc poszedł...

Po otrzymaniu nowego rozkazu od gonfaloniera Maurycy wrócił do swojego oddziału i zapytał czy nie znalazłoby się sześciu ochotników na nocną wyprawę i wziąć muszkiety. Żołnierze bez celu jeździli po ulicach Apostolskiego Miasta napotykając nieliczne już o tej porze grupy ludzi i zrywając ze snu wielu porządnych obywateli, ale i przestęców. 
Wykryto trzy kryjówki przemytnicze, zatrzymano ośmiu złodziei i wykryto jedną dziuplę bandytów z szajki, ale nigdzie ani śladu wielkiego szefa. Zatrzymani jego podkomendni go nie znali, nawet ich herszt kontaktował się z nim przez punty kontaktowe, które przypalany wyśpiewał.  oddano bandytów pod opiekę straży miejskiej i postanowiono je sprawdzić.
Kiedy przejeżdżali koło "Gadających Umarlaków" usłyszeli strzał z broni palnej. oddział ruszył kłusem w kierunku z którego dobiegł strzał i ujrzał dwóch jeźdźców nad leżącym ciałem ludzkim.
-Coś mi mów że to nie był rabunek, jakieś porachunki chyba-szepnął do towarzyszy Orański i spiął konia, nie wiedział że nie mylił się co do rabunku. Za nim podążyła siódemka kawalerzystów. Mordercy rzucili się do panicznej ucieczki kierując pościg na kryjówkę szefa, ale bandziory miały dla żołnierzy niespodziankę... gdy kawalerzyści zbliżyli się na 20 metrów do uciekających ci obrócili się i wypalili z pistoletów. Padł jeden gwardzista. Następnie z okolicznych domów zaczęły lecieć kule, kamienie o dachówki. To była zasadzka. Jeden z pocisków trafił Orańskiego w głowę, ale solidny szturmak zamortyzował uderzenie.
Osuwając się z konia na ziemię książę zobaczył w oświetlonym oknie twarz z blizną potem zapadła ciemność...  Tym czasem trafieni zostali kolejni palatyńczycy zaledwie dwóch zdołało się wycofać. Mimo pościgu jeźdźcy dotarli przed północą do koszar. Zaraz gdy zniknęli z pola widzenia przestępcy wybiegli na ulicę. Ponieważ oddział zapuścił się w rewir jegomości Lisewicza-Lubomirskiego Franchetti, a raczej zbój który był świadkiem zatrzymania rywala szukał zapamiętanej wtedy twarzy. To uchroniło księcia przed niewolą. Złodzieje uznali że nie warto zajmować się zwykłymi szeregowymi i jedynie zabrali im broń i zbroję. Tuż po odejściu opryszków z innego domu wysunęło się kilka postaci. Byli to mieszkańcy wdzięczni za obronę przed terrorem. Zołnierze  ranni otrzymali pomoc sprowadzonego cyrulika. Zabici zostali umieszczeni w piwnicy. Oświcie załadowano wszystkich na wozy i zawieziono do Zamku św.Klemensa  Starosta podlaski odzyskał świadomość dopiero około w pół do dziesiątej rano dnia następnego.
Stron: 1 2 3