Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Thread Contributor: Carlo Lorenzo de Medici y ZepNiebiański Przedsionek
#1
W związku z budową Bazyliki Laterańskiej i ogromnym zaangażowaniem mikronacji w powieściopisarstwo postanowiliśmy również napisać pewną opowiastkę, która daje pogląd na "zakrystię" budowy największej świątyni w historii Rotrii. Myślimy, że będzie się czytać dobrze. Smile



[size=24pt]Niebiański Przedsionek[/size]

[Obrazek: hspawj.jpg]

Rozdział I - Marmur


[size=14pt]Promienie budzącego się słońca zajaśniały nad siedmioma wzgórzami Apostolskiego Miasta. To znak dla lubujących się w leniuchowaniu Rotryjczyków, by wstali i udali się do pracy. W tym samym czasie między wąskimi uliczkami mknęły wozy załadowane po brzegi marmurem i cegłą i mijały klnących na wysokość zapłaty robotników oraz pobożne wdowy idące na poranną Mszę do pobliskich kościołów. Rozespany mnich Bernardo, poplecznik Mecenasa Patriarszego przemierzał pieszo w strugach światła wspaniały barokowy Most św. Anioła – „Przeklęta skarlandzka inżynieria” – przeszło mu przez myśl. Ojciec di Perezzi był synem bogatego kupca handlującego niewolnikami z Królestwem Surmeńskim. Jako młody sztubak studiował na Alma Mater pod okiem słynnego kardynała Medyceusza, wieńcząc naukę zdobyciem godności doktora sztuki. Następnie wstąpił do awentyńskich Benedyktynów, skąd po złożeniu ślubów wieczystych wziął go na służbę w Palazzo Della Consulta jego nestor, ksiądz Carlo Lorenzo, również szczycący się nazwiskiem Medici. Bernardo właśnie dochodził już do wzgórza welijskiego, gdzie trwała budowa opus magnum Piusa V - Bazylika św. Pawła. Ogromny gmach tworzono w pocie czoła i przy śmierci niezliczonej liczby robotników, pracujących przy konstrukcji świątyni. Mnich przeżegnał się, po czym przeklął swego pracodawcę, który zamiast wypłacać zadośćuczynienia rodzinom ofiar wolał je przepijać z patriarszymi oponentami w najpodlejszych tawernach Świętego Miasta.

Przechodząc przez wzniesioną niedawno bramę ojciec zauważył, że dwóch jego współbraci – Adalbert oraz Paolo czyścili drucianymi szczotkami czerwoną od krwi posadzkę z marmuru, nad nimi zaś stał jeden z dowódców wojsk toskańskich, podkomendny Mecenasa, który bił zakonników po plecach trzciną, pospieszając mnichów. Di Perezzi podszedł do ubranego w złoty strój paradny porucznika i zapytał:
- Dlaczego bijesz moich braci? Zrobili ci coś?
- Rozkaz od Don Carlosa – pospieszać ludzi w pracy, bo Pius V życzy sobie mieć gotową świątynię. A że rotryjski lud jest strasznie leniwy to trzeba mu pomagać… - zaśmiał się skarlandzki żołdak.
- Testa di Cazzo - odparł purpurowy ze złości benedyktyn. Wtem ku jego twarzy poleciała żołnierska rękawica, tak iż zostawiła czerwony ślad. Mnich gładząc spuchnięty policzek dyplomatycznie odrzekł oficerowi:
- A więc to tak się traktuje najbliższych współpracowników Monsignore. Rozumiem, że Sua Majestad Católica ma dowiedzieć się, co jego armia wyrabia z współtwórcami Bazyliki – wiedział bowiem doskonale, że Don Carlos uwielbia sztukę barokową, a do tego zwraca szczególną uwagę na poprawność tytulatury. Przez kompleks niższości nawet nakazał wyższym rangą biskupom nazywać się Katolicką Wysokością, mimo iż Państwo Kościelne nie uznaje skarlandzkich tytułów arystokratycznych. Toskański porucznik słysząc, że to poseł z Palazzo Della Consulta ze wstydem oddalił się, przepraszając mnichów i zaganiając zwykłych chłopów do czyszczenia posadzki.

Bernardo zaś pytał współbraci o postępy w budowie, spoglądał na wspaniałe marmurowe posadzki i wznoszone właśnie filary. Następnie zerknął ku górze i uśmiechnął się, kiedy poczuł na zranionej twarzy ciepłe słońce. Przechadzając się z głową w chmurach doszedł do miejsca budowy prezbiterium, gdzie podbiegł do niego posłaniec z Pałacu Laterańskiego oznajmiający o grabieży materiałów do budowy oraz pustym skarbcu patriarszym. Pius V wezwał zakonnika do stawienia się u jego stóp.
- Znów roztrwonił pieniądze ubogich nie na chwałę Bożą, a na te dziwki z ulicy… - pomyślał i udał się z posłańcem w kierunku Placu Laterańskiego.[/size]
Jego Wielkoksiążeca i Arcykatolicka Mość,
prof. net. Karol II Wawrzyniec kardynał de Medici i Zep

[Obrazek: 2s4JK.png]
Rektor UR, Datariusz Apostolski


Odpowiedz

#2
[size=24pt]Niebiański Przedsionek[/size]

[Obrazek: hspawj.jpg]

Rozdział II - Złoto


[size=14pt]Bernardo powolnym krokiem zmierzał niechętnie ku Lateranowi, bo wiedział, iż na miejscu czeka go ostra rozmowa z Patriarchą Piusem V. Od dawna za sobą nie przepadali – biskup Castiglioni nie lubił mnicha za zrzędliwość i krytykanctwo oraz nadmierną szczerość, di Perezzi zaś oskarżał Ekscelencję o wazeliniarstwo, niestałość poglądów, a także nadmierny liberalizm. Tym bardziej ich stosunki uległy pogorszeniu, kiedy Don Carlos, który nieustannie negował kurialną rzeczywistość bez pardonu zaatakował Patriarchę wśród ludu. Zakonnik, jako zausznik Mecenasa, przeklinał sam siebie, że zgodził się oddać na sługi Medyceuszom – „Dynastia medycejska napsuła mi krwi jak nikt. Wpierw kardynał Cesar – wymagający profesor, teraz ksiądz Carlos, który nie przyjmuje żadnych wytłumaczeń" – pomyślał, przechodząc przez bramą marmurowej świątyni.

Wszedł przez potężne żelazne drzwi, po czym przedzierał się przez gąszcze korytarzy, portretów, złotych ram i zasłon, purpury i bisioru. Jako prosty benedyktyn gardził tym przepychem. Nazywał bowiem te bogactwa „siedliskiem demonów”. Kiedyś usłyszał proroctwo starej mistyczki, mówiące o rzeszach diabłów w Pałacu Laterańskim. Kamerdyner patriarszy przyprowadził mnicha wprost do gabinetu Jego Świątobliwości. Gdy wszedł, odrzuciły go ciemność i ostry zapach cygar, często palonych przez Piusa V. W wielkim fotelu siedział Biskup Rotrii. Postępująca łysina uwypuklała czubek jego głowy. Di Perezzi podszedł do biurka, na którym leżały stosy papierów, map i planów, ukłonił się oraz ucałował pierścień Ojca Świętego. Nienawidził tego gestu – kłaniania się wazeliniarzowi, nieudacznikowi.
- Kłaniam się Waszej Świątobliwości – rzekł mnich, purpurowy ze złości wobec gnuśnego władcy. Wolał bowiem przebywać wśród prostego ludu i swych współbraci, niż na salonach wśród wyperfumowanych oraz wypudrowanych książąt Kościoła – wezwał mnie Ojciec Święty, aby porozmawiać o znikających materiałach budowlanych i pustym skarbcu, prawda?
- Owszem, ojcze Bernardo. Don Bartolomeo, baron, a także współpracownik księdza de Medici y Zep zauważył, jak niedaleko twierdzy Bari pewna grupa żołnierzy okrada nasze wozy z marmurem oraz zapasy drewna z florenckich lasów. Prosimy, by ojciec czym prędzej wziął konia z naszej stajni i pojechał do Florencji, tam czeka już nasz poseł, z którym będzie brat prowadził śledztwo. A co do skarbca, to sprawa Eminencji Alberta de Orange-Nassau. Ufamy, iż uda się wyciągnąć Dwór z kryzysu, natenczas, jeśli brakuje środków podejdzie ojciec do Palazzo Granducale de Medici niedaleko Placu Mediolańskiego i poprosi w moim imieniu o pożyczkę na budowę Bazyliki. Czy wszystko jasne?
- Tak, Wasza Świątobliwość – po czym ukłonił się i wyszedł z komnaty. Był zły, że prócz spotkania z tym bałwanem musi żebrać u naburmuszonego i nadętego rodu Medyceuszy, chociaż szanował Don Cesare i Don Lorenza, którzy pomagali jego ojcu w czasie kryzysu surmeńskiego.

Mnich wyszedł z Pałacu Laterańskiego i w upale szedł przez sieć wąskich, śmierdzących ulic, bowiem żaden patriarcha nie pomyślał o kanalizacji w Świętym Mieście. Mijał różnych ludzi, od plebsu i ubóstwa, które tylko żebrało o grosz na bochenek chleba, wśród zniszczonych przez skarlandzkie haubice chatek; przez średniozamożne mieszczaństwo ubierające się w pobożny strój i radosnych ze swego żywota po okrutną i kapiącą bisiorem arystokrację, która gubiąc liry nie podnosiła ich lecz wkopywała w dziury w drogach, zaś tłuszczy ani grosza nie poświęci. Wszedł na Piazza Navona, miejsce gdzie się wychował. Wspominał wspaniałe renesansowe i proste budynki, zniszczone potężnym barokiem przez Juana de Huerra y Diego, ulubionego architekta Don Carlosa de Medici y Zep. Mijał małą fontannę i skręcił w stronę placu, gdzie stał Złoty Pałac Medyceuszy. W czasie tym rozmyślał nad swoim dzieciństwem u boku ukochanego ojca, a także o przyszłości biedy, którą spotykał i braku zainteresowania ze strony władz. Doszedł na mały placyk, gdzie na pobliskim wzgórzu wznosiła się potężna siedziba jego pracodawców. „Casa d’Oro” – pomyślał.[/size]

Jego Wielkoksiążeca i Arcykatolicka Mość,
prof. net. Karol II Wawrzyniec kardynał de Medici i Zep

[Obrazek: 2s4JK.png]
Rektor UR, Datariusz Apostolski


Odpowiedz

#3
[size=24pt]Niebiański Przedsionek[/size]

[Obrazek: hspawj.jpg]

Rozdział III - Srebro


[size=18pt]Ojciec di Perezzi stanął przed „Złotym Domem” swego pracodawcy - Don Carlosa. Nie lubił tego gmachu, przypominał mu bowiem o złu tego świata, krwi niewinnych i wykorzystywaniu ubogich przez Medyceuszy przy budowie tego pałacu. Jego obrzydzenie potęgował proceder zabierania ubogim złota, którym ozdobiono każdą ścianę fasady, wszelkie figury na zewnątrz i wewnątrz. Wolał przebywać w kochanym, aczkolwiek zniszczonym Monte Cassino, gdzie pod ojcowską opieką kardynała Cezara uczył się sztuk pięknych, doboru muzyki do liturgii czy budowy świątyń. Przeszedł dwadzieścia marmurowych schodów, wyczyszczonych tak, że mógł się w nich przejrzeć. Stanął przed ogromnymi żelaznymi drzwiami, gdzie kołatki wystylizowano na skarlandzkie lwy. Uderzył nimi o wrota. Drzwi otworzyli mu żołnierze toskańscy, ubrani w stroje paradne – „Boży mężczyzna nosi habit, nie rajstopy” – pomyślał i ukłonił się w stronę szeregowych. Ze wspaniałych schodów, znajdujących się w centrum Palazzo Granducale de Medici zszedł sędziwy kamerdyner, Don Raimundo, którego łysina połyskiwała od świec znajdujących się w kandelabrach. Służący ubrany był w fioletowy szustokor, różową kamizelkę i obcisłe spodnie, a rajstopy dawno prosiły się o pranie. Na szyi zawiązany miał biały fular na wzór francuski. Jego czarne pantofle uderzały głośno o schody z czerwonego marmuru. Ukłonił się on wobec zakonnika i wskazał na boczny korytarz, prowadzący do gabinetu mecenasa.
- Sua Majestad Católica już na Czcigodnego Ojca czeka – rzekł z uśmiechem Raimundo.
- Muszę z Jego Wysokością załatwić ważne sprawy dotyczące bazyliki, dziękuję, za szybkie powiadomienie Pana Domu o mojej obecności – rzekł, skłaniając się kamerdynerowi.

Szedł sam, znał doskonale drogę do tego gabinetu, prowadzącą przez bazaltowe korytarze, pokryte złotymi stropami i żyrandolami, ze ścian zaś Bernardowi przyglądali się skarlandzcy monarchowie, szczególnie Dona Eleonora, którą ksiądz mecenas miłował. „Przesłodzony barok skarlandzki, Jezus jakby tu wszedł to od razu wyrzuciłby wszystko na dwór, dla biednych” – pomyślał spoglądając na ostatnie drzwi w długim korytarzu, które wiodły do tajemnego pokoju Carlosa. Cicho zapukał w nie, a następnie uchylił. Wszedł i zobaczył zielony pokój, ciemny od ognia cygar i cuchnący mocnymi trunkami. Na ścianie wisiał ogromny portret Karola w stroju cesarza, wskazującego buławą na obleganą Rotrię, pod obrazem zostało umieszczone rokokowe, dębowe biurko i mały tron w stylu empire. Na sekretarzyku leżały nadpalone plany Bazyliki Welijskiej, rachunki, sprawozdania i dokumenty; obok zaś ulubiona biała peruka mecenasa i popielniczka, w której tliło się cygaro. Przy oknie stał mecenas, który z wyższością powitał gościa:
- Witam Drogiego Ojca, w jakiej sprawie przyszedłeś do mnie, starego grzesznika?
- Witam Księdza Mecen… Waszą Katolicką Wysokość – rzekł z uniżeniem ojciec, nienawidził skarlandzkiej etykiety dworskiej oraz kompleksu niższości Carlosa, w każdej sprawie musiał mówić o Katolickiej Wysokości, a jak sam sądził, Medyceusz ma tyle z katolicyzmem wspólnego jak Don Alberto z uczciwym zarobkiem – Ojciec Święty Pius V przesyła mnie do Sua Majestad, aby poprosić o drobną ofiarę pieniężną na budowę Bazyliki św. Pawła. Jego Świątobliwość ma obecnie problemy finansowe i ma głęboką nadzieję, że najpobożniejszy ród Rotrii wspomoże tak wspaniałe dzieło jakim jest opus magnum nowego Państwa Kościelnego.
- Nie musisz mówić z etykietą o tym bałwanie, nikt nas nie podsłuchuje. Mówisz, że Castiglioni chce pieniądze na Bazylikę? A co on zrobił z darem skarlandzkich Medyceuszy właśnie na bazylikę i kaplicę św. Wawrzyńca?
- Nie wiem Wasza Wysokość co stało się z pieniędzmi – skłamał, nie chcąc doprowadzić do kolejnej kłótni między roszczeniowym Karolem, a rozrzutnym Piusem V – żeby zakończyć budowę świątyni potrzeba co najmniej sześćset tysięcy lirów – dodał.
- Ile? Zapytał czerwony ze skąpstwa Karol. No dobrze, pójdziesz za mną, a ja wydam odpowiednią liczbę srebra w tej sumie, a ty weźmiesz naszą czerwoną karetę i kilku jeźdźców dragonii i zawieziesz je do siebie do klasztoru. Masz nakaz dysponować tymi pieniędzmi, tak, by Castiglioni nie przehulał ich na swojego synalka i jego seksualne zachcianki. Zrozumiano?
- Tak – stwierdził z ulgą, że tak łatwo mu poszło. W duchu jednak nadal przeklinał familianta Medyceuszy, który skąpił ubogim grosza na przeżycie, sam zaś ciągle remontował potężny gmach pałacu, do tego irytował go ton bez szacunku wobec niego i Patriarchy.
Mecenas wskazał mały pokoik, w którym znajdował się skarbiec. Sua Majestad otworzył wrota i do specjalnego worka wkładał srebro równowartości wymaganej sumy. Di Perezzi wziął ciężki pakunek i wyszedł z pomieszczenia, gdy szybko kroczył nie zauważył jednego ze sług niosącego srebrzony kandelabr z miedzi, w który gwałtownie uderzył. Upadł, a tym samym upuścił worek, a srebrne krążki rozsypały się po całym korytarzu.[/size]
Jego Wielkoksiążeca i Arcykatolicka Mość,
prof. net. Karol II Wawrzyniec kardynał de Medici i Zep

[Obrazek: 2s4JK.png]
Rektor UR, Datariusz Apostolski


Odpowiedz

#4
[size=24pt]Niebiański Przedsionek[/size]

[Obrazek: hspawj.jpg]

Rozdział IV - Cegła


[size=18pt]Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy ojciec di Perezzi ocknął się w ciemnym korytarzu, gdzie w świetle kandelabru spoglądały na niego oczy z obrazu Lorenza il Magnifico. Przestraszył się. Przeklął ponownie w myśli. Żałował, iż wdał się w układy z Medyceuszami. Wstał i z bólem głowy rozpoczął poszukiwania sakwy ze srebrem Don Carlosa. Nie znalazł jej. Kiedy szukał worka zaniepokoił go mieniący się świecznik pod portretem protoplasty rodu. Gdy podszedł do płótna, białe oczyska zniknęły zostawiając dwa puste doły w obrazie. Bernardo, jako racjonalista wiedział, że nie ma się czego bać, lecz ktoś przygotował przeciw niemu spisek. W miejscu drzwi do gabinetu mecenasa znajdowała się mała biblioteczka, dość ciężka by zasłonić dostęp do pokoju. Udał się więc w drugą stronę, zdjął świecznik z marmurowego chwytaka i szedł w kierunku holu głównego. Nie znalazł tam nikogo. Szukał w bogato zdobionych komnatach, salach balowych i furtach – niestety na próżno. Przy wejściu spotkał tylko siostrę Pascalinę, która wpierw usługiwała Cesaremu de Medici w Monte Cassino, teraz zaś Katolickiej Wysokości. Zapytał:
- Siostro, gdzie są wszyscy?
- Nie wiem, Padre. Przybyłam z Palazzo Della Consulta z planami od Don Alberta.
- Przecież wszelkie plany od Don Alberta przyjmuję ja… - wskazał na rysunki – proszę mi je pokazać.
- Ale Don Alberto zakazał mi pokazywać je komukolwiek innemu niż Jego Katolickiej Wysokości.
- Ja rozporządzam dokumentami w imieniu Mecenasa. Proszę natychmiast je oddać. – Siostra lękając się władzy Orańskich, próbowała uciec w głąb Pałacu. Niestety di Perezzi chwycił mocno zakonnicę za welon i wyrwał jej owe papiery. Zrzucił przy tym niewinną siostrę ze schodków, gdzie przy ostatnim mniszka uderzyła głową o stopień oraz rozbiła ją sobie, przez co zmarła. Marmur został zbrukany krwią. Perezzi zaniepokojony sytuacją uciekł spod Palazzo Granducale de Medici do Awentynu. Gdy przechodził obok gmachu Inkwizycji zauważył oddział żołnierzy toskańskich kręcących się wokół klasztoru Zakonu Benedyktynów na Awentynie – w świetle księżyca ich halabardy wyglądały przerażająco. Di Perezzi czem biegł czym prędzej do kościoła Santa Maria della Maggiore, gdzie jego przyjaciel udostępnił mu pokój na plebanii.

Zapalił świeczkę, rozerwał pieczęć z dokumentu i rozciągnął pergamin z planem pewnej wieży - wykonanej z czerwonej cegły autorstwa samego Don Alberta. Przyjrzał się odpowiednim wymiarom budynku. Znalazł nazwę tegoż dzieła – Wieża Banku Rotryjskiego ze Złotym Skarbcem – koszt sześćset tysięcy lirów. Zrobił się purpurowy od gniewu, przeklął Orańczyka, wyrzucił przed okno dębowy stoliczek i postanowił z nastaniem dnia udać się na plac Bernarda Gui, do Palazzo della Oranje. Do siedziby wicekanclerza.[/size]

Jego Wielkoksiążeca i Arcykatolicka Mość,
prof. net. Karol II Wawrzyniec kardynał de Medici i Zep

[Obrazek: 2s4JK.png]
Rektor UR, Datariusz Apostolski


Odpowiedz

#5
[size=24pt]Niebiański Przedsionek[/size]

[Obrazek: hspawj.jpg]

Rozdział V - Szkło


[size=14pt]Zakonnik miał do przejścia cztery ulice żeby dostać się na Piazza del Gui, gdzie stał niewielki pałac w stylu niderlandzkiego renesansu. Mimo iż zbliżał się wieczór na alejach nadal było tłoczno, a plebejusze świętowali jedno z pomniejszych skarlandzkich świąt, które stanowiło pretekst, by sięgnąć do kieliszka. Mnich mijał grupki żebraków, którzy przeklinali Piusa V i jego zauszników; dalej słyszał spiski rzemieślników żeby zamordować Carlosa de Medici i Alberta van Oranje-Nassau chcących zburzyć ich małe manufaktury, by zbudować ogromne latyfundia. Mijał małe średniowieczne kamieniczki, których nikt nie odnawiał; przechodził obok wspaniałych barokowych świątyń wzniesionych w miejscu starych romańskich kościółków. Nienawidził tego widoku – dziedzictwo pradziadów zmienione przez jednego rozkapryszonego księcia. Dotarł na Piazza del Bernardo Gui – mały placyk otoczony przez skromny pałac Alberta, który jako miłośnik prostoty oraz funkcjonalności nadał mu iście „protestancki” wygląd – odróżniający od medycejskiego bogactwa. Zaciszny zaułek niedaleko Panteonu rozświetlały płomienie pochodni. Na wieżyczkach siedziby Orańskich widać było skromnie ubranych łuczników z lwem niderlandzkim na piersiach. W małych okienkach błyszczały żelazne kusze, zaś przed wejściem stało dwóch przedstawicieli dragonii niderlandzkiej na śniadych koniach. Ojciec podszedł do drewnianych drzwi, zakołatał i otworzył mu jeden z adiutantów Admirała Alberta, zaanonsował on ojcu di Perezzi, że Pan Domu udał się na bal z okazji kończenia prac nad konstrukcją Pałacu Welijskiego odbywający się w nowych ogrodach patriarszych. Zirytowany Bernardo ukłonił się w kierunku żołnierza i udał się w stronę potężnego wzgórza, nad którym figurował już zarys kopuły Bazyliki. Nie chcąc przechodzić przez miejsce pracy, począł szukać najkrótszej drogi do świątyni – przez Ponta della Scarlana. Pomyślał i ruszył.

Po drodze koło Piazza del Anacletto spotkał Don Raimunda, kamerdynera mecenasa, który przechadzał się w poszukiwaniu kwiatów dla swej córki. Widząc zakonnika baron szybkim krokiem ruszył w jego stronę. Rzucił na ziemię piękne różowe lilie dla swej ukochanej córeczki i mknął potykając się o ludzi na placu. Zasapany dotarł do zakonnika. Zdjął trikorn, zaś peruka wpadła do kałuży brudząc wyprane pończochy i purpurową kamizelkę.
- Padre, niebezpieczeństwo czeka Piusa V!
- O co chodzi, Szlachetny Panie? Jakie niebezpieczeństwo!
- Sua Majestad Católica gościł dzisiaj Don Alberta w swoim gabinecie, słyszałem, że Don Carlos znalazł w schowku Fernanda d’Este y Córdoba, który niegdyś piastował stanowisko Gubernatora, butelkę z winem. Na niej widniała etykieta z lwami Córdobów, jednak kolory na herbie zostały odwrócone, zaś Don Alberto chciał jak najdrożej zakupić ten jakże „słynny w całym Pollin trunek”…
- Co to oznacza?! - krzyczał zdenerwowany zakonnik, tak iż cały plac słyszał.
- To zatrute wino…- wyszeptał kamerdyner – …właśnie to wino z dodatkiem arszeniku dostał w prezencie Benedykt I. Córdobowie w imieniu wówczas panującego Karola II wysyłali po kilka butelek wina do wszystkich wrogów Skarlandu. Tak właśnie zginęli Montini, kardynał Aldobrandini czy żona Don Fernanda. Ów napój podobno otrzymał także dremlandzki dostojnik von Witt, ale ten oddał je służącemu w prezencie. Następnego dnia musiał zatrudnić kolejnego lokaja. Podobnie zginął Ojciec Święty Aleksander IV po swej rezygnacji. Najpierw zmuszono go do abdykacji, potem zamordowano. Dla odróżnienia od dobrego wina kolory w szachownicy na herbie są odwrócone i tylko nieliczni zauważają fortel. Ratuj proszę Piusa V, tylko nie mów Carlosowi, że wiesz to ode mnie. Dobry Bóg oświecił mnie, bym Cię Ojcze powiadomił o tym. Miserere mei, Deus… Zmiłuj się nade mną grzesznikiem – rzekł Don Raimundo po czym zapłakał gorzko.
- Madre di Dio! – wykrzyczał zakonnik i biegając po placu wołał – Dajcie mi konia! – na szczęście na Piazza del Anacletto był jeden ze współbratymców di Perezziego, który pożyczył mu wierzchowca.

Bernardo mknął ku Bazylice, zaś księżyc odbijał się w rzece Bishof. Mijał on wielkie budynki, katedry i bazyliki oraz małe baraki, gdzie mieszkała biedota. Chciał jak najszybciej dostać się do Pałacu Welijskiego i uratować Patriarchę z rąk oprawców. Wiedząc o gwałtowności ruchów Piusa V, gdyby mu powiedział o spisku, i skutkujących tym zamieszkach w Państwie zaplanował zamianę kieliszków, tak by Ojcu Świętemu nic się nie stało. Mimo iż nie darzył Castiglioniego sympatią, wiedział, że zamach na Patriarchę jest zamachem na Boga. Gdy przybył pod Pałac, z ogrodu dobywały się dźwięki zabawy i muzyki klawesynu – ten Cazzo znów pewnie gra skarlandzkie utwory, a potem zasztyletuje jakąś ofiarę – pomyślał i udał się w kierunku palmowego wejścia, kierującego ku sercu ogrodu. Żołnierze patriarszy, nie wiedząc o morderstwie siostry Pascaliny wpuściły bez problemu mnicha. Ten ukłoniwszy się im biegiem skierował się pod scenę, gdzie Carlos grał „Sonatę C-dur zwaną księżycową”. Sokolim wzrokiem szukał czerwonego punktu na mapie ogrodu – kardynała Alberta Orańskiego, który zapewne kierował akcją przeciwko Piusowi V. Wtem zauważył, jak kamerdyner, niczego nieświadomy niósł ku gościom paletę z winami – w tym jednym odłożonym na bok – jak mówił Don Alberto – specjalnie dla Piusa V, gronowe wino z winnic Sewilli w prezencie na udany pontyfikat od Braci spod Dioskurów, obok kieliszka znajdowała się butelka wina z odwróconą kolorystycznie szachownicą, z lwami Córdobów. Di Perezzi wiedział, że to ostatnia szansa na uratowanie Patriarchy z rąk oprawców. Podszedł do kelnera i pod pretekstem brania wina podmienił zatrutą dawkę ze zwykłym sikaczem. Wiedział, że zginie ktoś inny, ale nie tak ważny jak Pius V – bohaterstwo wymaga ofiar – pomyślał i wycofał się pod scenę.

Zauważył Piusa V rozmawiającego o wybornym winie z lokajem, gdy nagle szklana lampka wina uderzyła gromko o ziemię rozbijając się na miliony kawałków. Ofiarą został sam Alberto, który łapiąc się tchu i szukając czegoś w sutannie uderzył o ręką o stolik, skąd poleciała cała szklana zastawa, tłukąc się niemiłosiernie o bazaltową ścieżkę. Muzyka ucichła, słychać było tylko jęk kruszonego szkła.
[/size]

Jego Wielkoksiążeca i Arcykatolicka Mość,
prof. net. Karol II Wawrzyniec kardynał de Medici i Zep

[Obrazek: 2s4JK.png]
Rektor UR, Datariusz Apostolski


Odpowiedz

#6
[size=24pt]Niebiański Przedsionek[/size]

[Obrazek: hspawj.jpg]

Rozdział VI - Drewno


[size=14pt]Nagle zapadła cisza. Wszyscy byli w zbyt wielkim szoku, nie mogli wykonać jakiegokolwiek ruchu celem uratowania kardynała. Alberto, widząc bierność zszokowanych gapiów, sięgnął ostatkiem sił do kieszeni swej sutanny, chwytając antidotum na ową trutkę. Miał w zwyczaju trzymać przy sobie trutki i antidota na nie, w razie nieplanowanego błędu. Carlos chwycił w tym samym czasie Piusa V za ramię wyprowadził tajnym korytarzem pałacowym do Bazyliki św. Pawła, nakazał też straży ażeby zablokowała wszelkie wyjścia, by rzekomy sprawca mordu na Don Albercie nie uciekł. Gdy bramy zostały zabezpieczone przez żołnierzy toskańskich, Bernardo di Perezzi znając układ nawet tajnych przejść zaszedł za fontannę ze św. Józefem i klnąc, że wybrudzi sobie habit, wyłupał kilkanaście cegieł i wszedł pod fontannę. Tym otworem przeszedł pod kanalizację na Placu Navona, gdzie wydostał się na powierzchnię. Spojrzał się na deszczową aurę miasta i spokojnym krokiem uszedł w stronę Awentynu, gdzie chciał pozostać do uspokojenia się sprawy.

Niestety, na następny dzień dostał pakunek od Don Carlosa – z podpisem „tym razem nie zgub”. Gdy otworzył drewniane pudełko, znalazł w nim sztylet, mapę z zaznaczoną twierdzą florencką i podpisem „pilnuj tego miejsca, tu giną materiały” oraz sakwę lirów, rzekomo „na konia i drobne wydatki w burdelu”. Perezzi wybuchł gniewem. Nienawidził, gdy ktoś osądzał go o spotykanie się z rotryjskimi kurtyzanami. Był przecież wykształconym u Medyceusza dworzaninem, brzydził się nieczystością oraz niemoralnym zachowaniem. Przypomniał jednak sobie, że Carlos to z krwi i kości Skarlandczyk, a tam seks między prostytutkami, a księżmi stał się normalnością. Zamknął pudło, odrzucił je pod sekretarzyk i poszedł do kaplicy przemyśleć wszystko co się stało. Przez myśl przeszła mu prośba do Ojca Świętego o przeniesienie do Zakonu Bazylianów w Surmenii, gdzie mógłby odetchnąć modląc się tylko Modlitwą Wschodu.
- Jezusie… - wyszeptał cicho mnich – … dlaczego to brzemię akurat położyłeś na me ramiona, Najsłodszy Panie…
Wtem, otwierając swoje potężne, ilustrowane Pismo Św. będące darem od Królowej Eleonory za projekt pałacu Barcelonie, zauważył werset dwudziesty, dwudziestego ósmego rozdziału Ewangelii św. Mateusza – „Ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata”.
- Racja – powiedział cicho – tak skupiłem się na tym przebrzydłym świecie, że zapomniałem o tym co najważniejsze. O tym, że Bóg, który mnie powołał jest ze mną od zawsze i na zawsze, w trudnym czasie i w radości. Głupcze, nie dostrzegałeś Jego wielkiej chwały, kiedy polecił ci przez ręce Carlosa budowę Bazyliki, kiedy dał ci sławę i mądrość. Dziękuj Mu i złóż hołd, człowiecze nędzny!

Kiedy wyszedł z kaplicy, widział tylko ponure oblicza współbraci, żaden z nich nie chciał na niego spojrzeć. Gdy wszedł z listem od Medyceusza do Przełożonego i powiedział o wszystkim, ten ucieszył się, że może wysłać zakonnika jak najdalej od Awentynu – Mieszkańcy rozgłaszają plotkę, że próbowałeś zamordować Don Alberta, naszego dobrodzieja. Do uciszenia sprawy zostaniesz bibliotekarzem Don Kosmy Medyceusza na Monte Cassino. „Dieu le veut” – wyszeptał francuski przeor.
[/size]

Jego Wielkoksiążeca i Arcykatolicka Mość,
prof. net. Karol II Wawrzyniec kardynał de Medici i Zep

[Obrazek: 2s4JK.png]
Rektor UR, Datariusz Apostolski


Odpowiedz

#7
Może czas na mały powrót do historii bazyliki. Ojcze Święty, Ty też wróć do pisania. Smile



Niebiański Przedsionek

[Obrazek: hspawj.jpg]

Rozdział VII - Piaskowiec


Następnego dnia ojciec di Perezzi zgodnie z poleceniem przeora udał się w drogę do Monte Cassino. "Kosmatego i tak nigdy nie ma w domu, więc będę miał święty spokój. W domu kardynała Cesarego de Medici było zawsze dla mnie miejsce. Wszak to mój dom... I moje serce tam zostało". Zamówił powóz na pobliskim placu awentyńskim i ruszył w drogę. Otrzymane od znienawidzonego Medyceusza pieniądze oddał całkowicie woźnicy, na utrzymanie jego i jego rodziny. Liczba srebrnych monet przekraczała trzykrotnie zapłatę za przejazd z Miasta Apostolskiego do Monte Cassino, z nocnym przystankiem we Florencji. Wyjeżdżając z stolicy mijał małe biedne budowle i lepianki, ubogie kościółki z piaskowca - pierwotnego stylu pierwszego patriarchy z Surmenii. Cała droga tliła się wokół piaskowca i piasku. W pewnym momencie woźnica minął Kościół św. Cezarego w Antemurale di Rotria. Padre Bernardo rozmarzył się na dłuższą chwilę. Wspominał wspaniałe sceny z jego pierwszego klasztoru i właśnie słynny piaskowiec. To w nim uczył się łupać pierwsze płaskorzeźby pod czujnym okiem kardynała Medyceusza, Cezarego notabene. Di Perezzi był jego najlepszym uczniem. Miał być nawet jego synem, ale nie zgodził się na to ówczesny patriarcha z rodu Habsburgów. Nadal w swojej celi ma zawieszone płaskorzeźbę Matki Bożej, ręki Cezarego de Medici z jego specjalną dedykacją... Zasnął.


Zasnąwszy nie zorientował się, że nie dojechał do żadnego Monte Cassino. Wjechał przeto do Fortezza di Medicea, składowisku wszelkiego marmuru, cegły i szkła do budowy Bazyliki św. Pawła. Wybudowawszy sieć twierdz i zamczysk wspaniałomyślny Sua Majestad Catolica wybrał największy z zamków i przeznaczył go na magazyn materiałów. Ogromna piaskowa budowla strzegła wejścia do Florencji, a jednocześnie i do Apostolskiego Miasta. Był to strategiczny ruch Don Carlosa, który chciał wojskowo uzależnić Stolicę Apostolską od siebie. Wszak często w Rotrii znajdowali się rubieżcy z krajów Winków. Forteca miała 48 wież małych i 8 głównych, zgodnie z siglami Syjonu w psalmach. Ojciec Bernardo przeklinał wielokrotnie Mecenasa, że korzysta z Biblii tylko do własnych celów. Mnich ocknął się kiedy koń skopał z impetem wóz. Wyjrzał przez okno i zirytowany próbował wyjść z karocy. Nie udało mu się, drzwi były zamknięte. Posiadając temperament ognisty jak ogień Jahwe krzepy zakonnik wybił szyby karety. Miał jednak za wielki brzuch by wyjść. Krzyczał, wołał, przeklinał, płakał. Nie chciał tu wracać. Nie do przeklętej pracy dla Medyceusza, "przysłanego przez piekła". Nagle wyszedł do niego toskański sołdat. Ubrany w pióropusze i purpurowe umundurowanie przypominał bardziej pawia uciekłego z ogrodu niż kapitana artylerii toskańskiej. 
- Capitano Giacomo Carlo de Medici e Mancinelli, Jego Katolicka Wysokość to mój wuj i przysłał mi Dobrotliwego Wielebnego Księdza do współpracy w dyskrecji, podobno słynie Ojciec z dobrej i wiernej pracy... - uśmiechnął się szyderczo wawrzyńcowy bękart.
- Proszę mu przekazać, by go diabli wzięli. Miałem jechać do domu, nie do pracy - uderzył ostrym tonem di Perezzi.
- Rozkaz w wojsku jest rozkazem. Moi żołnierze zaprowadzą księdza do apartamentu. Spotkamy się jutro na śniadaniu i wszystko omówimy. Ma ksiądz w pokoju kaplicę, coby Mszę odprawić.
- Bezczelność. Stać się więźniem skarlandzkiej musztry. Niedorzeczność! Proszę mnie odstawić do Zakonu Benedyktynów. Natychmiast! - wyrywał się mnich.
- Spokojnie, bo jeszcze sobie ojciec powyrywa ręce, a będą potrzebne do pracy... - ponownie zaśmiał się kapitan. Kazał jednocześnie zerwać z mnicha habit i wprowadzić w bieliźnie do apartamentu. Bernardo nie odezwał się. Przypomniał sobie, że Jezusa też obnażono z szat i wówczas milczał. I Jemu pragnął poświęcić te urągania.

Kiedy przybył przed drzwi apartamentu opuścili go toskańscy żołnierze. Został wręcz przez nich wepchnięty do pokoju pełnego przepychu. Mieszkanie składało się z trzech pokoi - gabinetu, salonu i sypialni, a także z łazienki, kaplicy i biblioteki. Kaplica była dedykowana św. Cezaremu z Arles, "to specjalnie ten wariat to zrobił". Przeszedł się po mieszkaniu zapominając, że jest w samej bieliźnie i tak wszedł do Domu Boga. Przeraził się i wbiegł do sypialni. Tam znalazł mnóstwo rokokowych strojów w jego rozmiarze z kartą - "Ubierz się jak przystało na szlachcica, nie księdza. Jesteś tu z misją wojskową, nie misją kościelną. Pamiętaj o peruce i kapeluszu, to element dyplomatyczny". Di Perezzi rozzłościł się jak Mojżesz widząc lud Izraela czczącego złotego byka. Walnął ręką w szafę. Usiadł na krześle i zapłakał. Nie mając wyboru ubrał się jednak w strój należny arystokracie. Z żółcią w ustach założył rajtuzy, czarne pantofle i spodnie oraz pełną złota marynarkę kroju skarlandzkiego. Wyglądał jak bufon, a nie jak ubogi mnich. Nie miał jednak wyboru, a musiał się w coś ubrać. Perukę sobie odpuścił wraz z kapeluszem. Przyglądając się w lustrze znalazł ogromne kamienne pudło, z piaskowca z wyrzeźbioną Matką Bożą z jego celi. Otworzył je i wpatrywał się w nie cały wieczór.


W tym samym czasie Jego Arcykatolicka Wysokość wraz z kardynałem Orańskim opracowywali kolejny plan pozbycia się Piusa V. Ciało siostry Pascaliny pochowano tłumacząc jej śmierć nieszczęśliwym wypadkiem. W miejscu gdzie wcześniej była krew, dziś lało się wino... z poprawnej szachownicy herbowej rodu Córdoba.
Jego Wielkoksiążeca i Arcykatolicka Mość,
prof. net. Karol II Wawrzyniec kardynał de Medici i Zep

[Obrazek: 2s4JK.png]
Rektor UR, Datariusz Apostolski


Odpowiedz

#8
Bardzo ciekawe. Będą następne części?
[Obrazek: 2usMx.png]
Jego Książęca Wysokość
Maurycy Wilhelm Jerzy Orański-Nassau
Książę Niderlandów, Oranii i Nassau
Wielki Marszałek Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie
Odpowiedz

#9
Jako Mecenas Patriarszy stawiam pod rozwagę Braci, a w szczególności autora - JE Karola Wawrzyńca pomysł, aby kontynuować to dzieło. Istota pomysłu tkwi w tym, żeby nie była to tylko, jak zgodzi się JE Karol Wawrzyniec, wyłącznie powieść jego autorstwa, ale wszystkich chętnych. Osoby takie zgłosiłyby się do mnie, a następnie pisały po jednym rozdziale. Każda następna musiałaby dalej prowadzić akcję od momentu, w którym zakończył ją poprzednik. Co sądzicie o takim pomyśle?
Odpowiedz

#10
Doskonały pomysł. Sam postaram się w wolnej chwili co nieco napisać.
[Obrazek: 2usMx.png]
Jego Książęca Wysokość
Maurycy Wilhelm Jerzy Orański-Nassau
Książę Niderlandów, Oranii i Nassau
Wielki Marszałek Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie
Odpowiedz



Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek:
1 gości


Silnik forum © MyBB 2002-2018 Polskie tłumaczenie © MyBB PL 2007-2018 Styl © iAndrew 2016-2018 Edit © Axwell 2017-2018